„Wyjechałem na staż do Stanów…”

W życiu chyba każdego studenta przychodzi taki niebezpieczny moment, w którym, po dłuższych przemyśleniach nad życiem, zapala mu się ostrzegawcza lampka – że ponad połowa studiowania minęła, że nie można mieszkać w akademiku do końca życia, a do tego w McDonaldsie podobno nie dostaje się stypendium dla najpilniejszych pracowników. Innymi słowy – sama nauka to nie wszystko, a życie jednak działa na odrobinę innych zasadach niż uczelnia. I nachodzi takiego studenta nagła potrzeba zrobienia zawodowego kroku, który choć trochę zwiększy jego szanse na satysfakcjonującą, a przy tym sowicie wynagradzaną pracę, najlepiej w swoim zawodzie i w ogóle od razu w zarządzie dużej korporacji. W moim przypadku taki moment refleksji miał miejsce około rok temu i wtedy właśnie uznałem, że już najwyższy czas poszukać sobie stażu 😉

Jak dostać się na staż do USA?

To tyle tytułem wstępu. Teraz kilka słów o tym, jak to się stało i co się w ogóle stało. Mianowicie, w Polsce działa Fundacja Edukacyjna Przedsiębiorczości, zajmująca się pomocą finansową dla studentów w postaci stypendiów naukowych, językowych, szkoleń i różnego rodzaju warsztatów. Tak się składa, że od pierwszego roku studiów (a wybieram się już na czwarty rok) jestem beneficjentem programu stypendiów Fundacji i szczerze muszę przyznać, że wszystkie te stypendia w ogromnym stopniu pozwoliły mi na samodzielne lub prawie samodzielne utrzymanie się w Krakowie. W dodatku możliwość zdobycia stypendium na kolejny rok była niewątpliwie bardzo motywująca do nauki. Można powiedzieć, że już byłem szczęściarzem, ale na domiar wszystkiego okazało się, że Fundacja, we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności, pomaga również w innej dziedzinie, która akurat bardzo mnie interesowała – w aplikacjach na staże w polskich i zagranicznych firmach.

Żeby nie przedłużać za bardzo moich wywodów – perspektywa odbycia stażu w Stanach Zjednoczonych w jednej z renomowanych firm była niesamowicie kusząca i stąd też po przestudiowaniu profilów kandydatów firm, uznałem, że jako ‚prawie-inżynier’ automatyk najbardziej chciałbym odbyć staż w firmie Westinghouse Electric Company – jest to amerykański potentat w dziedzinie energii nuklearnej, co samo w sobie brzmi na tyle ciekawie, że warto było chociaż spróbować. Wiele formularzy później, po kilku rozmowach i długich listach motywacyjnych przedostałem się do kolejnej tury aplikacji, gdzie moje dane zostały wysłane już za wielką wodę, do siedziby Westinghouse. Łatwo można sobie wyobrazić jaką satysfakcję czułem, kiedy siedząc w moim przestronnym pokoju w AGH-owskim akademiku, zajadając przysłowiowego kebaba, dostałem telefon od jednego z menedżerów firmy w celu przeprowadzenia rozmowy kwalifikacyjnej. Może odrobinę podkoloryzowałem tę chwilę, ale tak właśnie chciałbym ją zapamiętać. Dalej, na szczęście, było już tylko z górki i tak się składa że w tym momencie znajduję się już w USA, gdzie wraz z kilkoma innymi studentami z Polski odbywam staż w siedzibie Westinghouse’a, w Cranberry Township w stanie Pensylwania 😉

Co zobaczyliśmy?

Co do samego stażu i tego jak się nam tu pracuje postaram się jeszcze kiedyś napisać , a teraz przejdę do ciekawszej części, czyli pierwszych odczuć, jakie wywarły na mnie Stany. Jeśli ktoś już wcześniej był w USA albo Kanadzie, pewnie nie zrobiłoby na nim wielkiego wrażenia to co zobaczyłem, ale dla mnie taka pierwsza wyprawa tutaj była czymś więcej niż po prostu wakacyjnym wypadem do większego miasta.

…chociaż w dużej mierze nasze pierwsze wyprawy wyglądały dokładnie jak wypady do miasta 😉 Ze względu na pełnoetatowy staż, w ciągu tygodnia jedyne wycieczki na jakie mogliśmy sobie pozwolić to rodzinny wypad do Walmarta ( sklep z wszystkim i z niczym – można powiedzieć że jest to skrzyżowanie rozmachu Tesco ze stereotypową taniością Biedronki okraszone samobieżnymi wózkami na zakupy dla co bardziej wysportowanych klientów ), albo do pobliskiego baru podającego bardzo niskobudżetowe skrzydełka. (takiego opływającego amerykańskością, z długą, brudną ladą, wypalającą się żarówką i stałymi bywalcami popijającymi kolejnego już Yuenglinga albo Budweisera).

Beaver Falls

Beaver Falls – tutaj naprawdę nic się nie dzieje 😉

Jak mieszkamy

Cała nasza szóstka mieszka w Beaver Falls, niewielkim miasteczku, którego mieszkańcy z reguły zdają się nie wychodzić na piechotę do sklepu spożywczego położonego trzysta metrów dalej, bo przecież można podjechać swoim pickupem wyposażonym w 5-litrowy silnik. Na zdjęciu widać typową dla małych miasteczek zabudowę – zaryzykuję stwierdzenie, że już zaraz po przyjeździe wyglądało to dla mnie całkiem swojsko, zważywszy na fakt wieloletniej edukacji opartej na amerykańskich filmach i grach typu GTA 😉 Inna sprawa to to, że Ci, którzy mijali mnie w swoich chevroletach, dodge’ach i innych fordach dziwnie patrzyli na polskiego turystę z aparatem fotograficznym spacerującego (!) beztrosko po ich chodnikach.

Motoryzacja

Ciekawe są również auta, na które można się napotkać nawet w tak małej miejscowości – poza dość normalnymi samochodami (chevrolety, fordy) są tu też przedstawiciele marek takich jak GMC i RAM, produkujące przerośnięte pickupy i półciężarówki, których Amerykanie namiętnie używają do poruszania się po okolicy. A wisienką na torcie są zabytkowe auta i muscle cary, których wcale tu nie mało – choćby dwa skrzyżowania od naszego mieszkania, pod niezbyt zachęcającym domem stoi przyzwoicie zachowany chevrolet Camaro z lat sześćdziesiątych 😉 Ogromny przegląd starych samochodów mieliśmy podczas wyścigu Vintage Grand Prix, z którego kilka zdjęć zamieszczam w późniejszym akapicie.

Podróże

Ale wracając do wyjazdów, to po ciężkim tygodniu w nagrodę podróżowaliśmy. Gdzie się dało. Do Ohio po piwo. Do Bostonu na kraby. Do Kanady po Niagarę. I do Clevelend do Rock’n’Roll Hall of Fame. Tania benzyna kosztująca nieco ponad jednego dolara za litr praktycznie zmusza do jeżdżenia, a do tego do prawie każdego celu można dostać się autostradą w naprawdę rozsądnym czasie.

Mapka

Mapa z postępami naszych eskapad. Zielona kropka koło Pittsburgha to Beaver Falls, w którym mieszkamy

Dlaczego jechaliśmy do Ohio po piwo? Otóż Beaver Falls znajduje się w Pensylwanii, a stan ten okazał się wyjątkowo konserwatywny jeśli chodzi o niektóre kwestie. Piwo na przykład można tu kupować do domu jedynie w specjalnych sklepach, które dość szybko są zamykane. Niby nic takiego, ale dla kiepskich strategów może się to skończyć tak, że konieczna będzie wycieczka do sąsiedniego stanu. Co ciekawe, samo kupowanie piwa w Pensylwanii też jest lekko utrudnione, ponieważ nie można ot tak zakupić jednej butelki. Z jakiegoś powodu, kiedyś, ktoś bardzo ważny zarządził, że należy kupować piwo w ilościach hurtowych (od 6 w górę), co w typowym przypadku oscyluje w granicach 12-30 butelek czy puszek w opakowaniu. Podobno jest to działanie prohibicyjne, ale jak to się ma do zmniejszania spożycia alkoholu? – nie wiem 😉

Poniżej zachęcam do przeglądnięcia kilku zdjęć z naszych wypraw:

Pittsburgh, Pensylwania

Pittsburgh

Pittsburgh, PA

Pierwszym celem był Pittsburgh. Jest to najbliżej położone od nas duże miasto – około godzinę drogi z Beaver Falls. To co mnie zaskoczyło to zwykły fakt, jak mało mieszkańców spacerowało po centrum. Spodziewałem się, że wieżowce, ogromne budynki i ogólnie centrum miasta zazwyczaj przyciągają ludność, ale jak się okazało Pittsburgh jest raczej miastem do pracowania a nie do mieszkania. Stąd też w weekendy przypominało mi trochę ‚wymarłe’ miejsce. Choć są też pozytywne wyjątki, między innymi znana wśród miejscowych dzielnica barowa Southside, która późnymi wieczorami odżywa dzięki mieszkańcom chcącym odstresować się po ciężkim dniu pracy.

Pittsburgh

Panorama Pittsburgha

Panorama Pittsburgha, widok z Mount Washington

Pittsburgh, widok na centrum

Kolejny malowniczy widok na centrum Pittsburgha

Cleveland, Ohio

ekspozycja, ACDC

Ekspozycja w Rock’n’Roll Hall of Fame, Cleveland 😉 Na zdjęciu widać między innymi rękopis Highway to Hell

USS Cod Submarine

Stażyści odpoczywający po długim zwiedzaniu Rock’n’Roll Hall of Fame, Cleveland

Pokład USS Cod Submarine

Cleveland z pokładu USS Cod Submarine

Kanada – Niagara Falls i Toronto

Kiedy okoliczne stany mieliśmy już za sobą, za kolejny cel obraliśmy Kanadę. W amerykańskiej perspektywie było to całkiem niedaleko – Toronto znajduje się ‚zaledwie’ 300 mil od nas, a po drodze warto zobaczyć słynne wodospady Niagara Falls

Niagara Falls

Widok na wodospady od strony kanadyjskiej…

Niagara Falls, 2

…i takie tam krzywe zdjęcie z tego samego miejsca – w tle podrobiona CN Tower oraz przechodząca grupka ciekawych ludzi ( ach, ten XXI wiek)

Most Toronto

Najzwyklejszy most w drodze do Toronto – ciekawe jest to, że większa ilość pasów wcale nie idzie w parze z kierowaniem się logiką przez kierowców przy ich wykorzystaniu, ale i tak jest dość bezpiecznie, bo kierowcy zachowują się bardzo defensywnie (czyt. nie jak w Rosji)

CN Tower

Najsłynniejszy chyba budynek w Toronto – CN Tower

Toronto, W

Artystycznie wygięci na kształt litery W jak Westinghouse, w tle jeden z uniwersytetów w Toronto. Kolega z niemiecką flagą to stażysta z Niemiec świętujący zwycięstwo swojej narodowej reprezentacji na Mundialu

Toronto

Odrobinę bogatsza część miasta…

Toronto, targ

…i ta biedniejsza dla równowagi

Inne atrakcje

Pirates Game

Oprócz samego podróżowania czasem warto docenić to co ma się trochę bliżej niż 5 godzin jazdy od domu; wraz z innymi stażystami z Czech i Niemiec wybraliśmy się na mecz baseballa do Pittsburgha, kibicując lokalnej drużynie Pirates. Niestety nie poradziła sobie zbyt dobrze 😉 (jest to dość delikatne określenie)

Pirates Game

Wielu kibiców pojawiło się na meczu nie po to, żeby faktycznie skupiać swoją uwagę na rozgrywce, a raczej spędzić czas ze znajomymi, skosztować burgera i popić Coca Colą 😉

Pittsburgh Pirates

PNC Park, Pittsburgh

Pirates players

Zawodnicy drużyny Pirates

Na meczu

Pamiątkowa fotka na zakończenie

Pittsburgh Vintage Grand Prix

Jednego leniwego niedzielnego popołudnia w okolicznym Pittsburghu odbywał się wyścig zabytkowych samochodów.

Vintage Race Pittsburgh 2014

2014 Pittsburgh Vintage Grand Prix

 

Vintage car race

Typowy amerykański rozmach – nikogo tutaj nie dziwi osoba dojeżdżająca podobnym pickupem do pracy, a jednocześnie segregująca śmieci w trosce o przyszłość naszej biednej planety

Boston, Massachusetts

Ostatnią do tej pory była wyprawa do Bostonu. Raptem 600 mil w jedną stronę pozwoliło w pełni rozkoszować się urokami dziesięciogodzinnej jazdy samochodem. Jeśli chodzi o samo miasto, to zupełnie różniło się choćby od Pittsburgha – ulice były pełne ludzi, studentów i turystów. Wyjaśnienie jest proste – jest to jedno ze starszych miast Stanów, a do tego posiada dostęp do oceanu i takie tam pomniejsze uczelnie jak Harvard czy MIT 😉

Boston, MA

Boston, MA

Stażyści 2014

Dokąd dalej?

Wnioski

Jak na zakończeniu każdego rasowego sprawozdania, wypadałoby zawrzeć jakąś sensowną konkluzję 😉 To, że staż dał mi możliwości niesamowitego spędzenia wakacji jest dość oczywiste. Potwierdziły się słowa jednego z zeszłorocznych stażystów, który zapowiadał nam ciekawe przeżycia oraz mnóstwo okazji do poznania świetnych ludzi z całego świata. Jak widać, do tej pory korzystamy z tych możliwości i mam nadzieję, że jeszcze długo nie przestaniemy 😉

Reklamy